Gazeta Wyborcza, wrzesień 1997

Upał i komary
IDZIEMY CZERWONYM SZLAKIEM. Z Lądka Zdroju do Międzygórza.

Mając trzydzieści kilometrów w nogach i jeszcze odrobinę zapału w duszach wyruszyliśmy z Lądka w kierunku Masywu Śnieżnika. Jak miało się już wkrótce okazać, tego dnia naszym głównym przeciwnikiem nie były góry, ale komary i upał.
Te małe i niestety niejadalne stworzonka od pierwszych chwil ciężko nas irytowały. Jedynym plusem ich towarzystwa było to, że niezbyt często decydowaliśmy się na postój i tempo marszu znacznie się zwiększyło.
Środowy etap rozpoczęliśmy w oddalonym o kilometr od Lądka Stójkowie, gdzie nocowaliśmy w zupełnie pustym schronisku. Odbiliśmy nieco ze szlaku - musielibyśmy się wracać przez cały Lądek - i podążyliśmy radośnie (jednak bez podskoków i piosenki na ustach) w kierunku Stronia Śląskiego, gdzie chcieliśmy wrócić na główną trasę wycieczki. Przez cztery kilometry asfaltowej drogi przeklinaliśmy tę decyzję - niemiłosierny upał smażył nas "na żywca". Z tego powodu zrezygnowaliśmy od razu z pomysłu odwiedzenia Jaskini Niedźwiedziej w Kletnie i kiedy tylko dotaliśmy do Stronia odkleiliśmy się od asfaltu i zielonym szlakiem, przez las, wdrapaliśmy się na Przełęcz pod Chłopkiem, gdzie znaleźliśmy drzewko z namalowanym czerwonym paskiem w białym obramowaniu. Postanowiliśmy troszkę odetchnąć i posilić się nieco przed dalszym przebieraniem nogami. Kiedy konsumowaliśmy przysmak śniadaniowy z puszki, zza drzew wyłonił się nagle mężczyzna w średnim wieku, schodzący radośnie z Wilczyńca (881m). Pocieszył nas, mówiąc że do Międzygórza zdążymy spokojnie przed końcem lata, odgonił chmarę komarów, krążących nad naszymi głowami niczym sępy i poszedł do Stronia na późne śniadanie. Podniesieni na duchu posprzątaliśmy po sobie, założyliśmy plecaki i poszliśmy dalej. Po kilkunastu krokach w stronę szczytu Wilczyniec znaleźliśmy grzyba, po chwili drugiego. Odezwała się w nas żyłka grzybiarzy. Po dwudziestu minutach mieliśmy już pełną reklamówkę prawdziwków i podgrzybków. Jednak perspektywa dźwigania dodatkowego ciężaru wybiła nam z głów wszystko co ma jedną nogę i kapelusz. Ruszyliśmy w stronę Pasiecznika (893m). Na szczycie natknęliśmy się na rodzinkę sześciu pasących się koni, które tak natarczywie szukały cukru w naszych plecakch, że niemal biegiem dotarliśmy do Przełęczy Puchaczówka. Do Hali pod Śnieżnikiem, według drogowskazu, zostało nam jeszcze około 3 godzin. Zjedliśmy drugie śniadanie, korzystając z dobrodziejstwa wiaty turystycznej. Przy okazji rozmiłowałem w sobie bezpańskiego psa - poczęstowałem go resztą konserwy. Tak się ucieszył, że postanowił pójść z nami. Wspinaliśmy się więc we trójkę pod niewiarygodnie męczące podejście na Czarną Górę (1205m), nie mając nawet siły na odganianie bezczelnych komarów. Po godzinie znaleźliśmy się na szczycie, w samym środku ogromnej chmury, przez którą niewiele dało się zobaczyć, choć zainstalowana na polance tabliczka obiecywała piękne widoki. Spotkaliśmy tu trzy małomówne dziewczyny, które minęły nas bez słowa, nie odpowiadając nawet na pozdrowienie. Trudno, co kraj to obyczaj. Schodząc na Żmijową Polanę wydrążonym w ścieżce rowem natknęliśmy się na cyklistę niosącego rower na plecach. Był bardziej rozmowny - powiedział "dzień dobry", ale za to zabrał nam psa, którego uczucia do nas wypaliły się zaraz po tym, jak rowerzysta poczęstował go wafelkiem. Ze Żmijowej Polany szlak prowadził delikatnie pod górę, na pełny malowniczych formacji skalnych Żmijowiec (1155m). Nasz zapał dokumentnie zgasł, kiedy ujrzeliśmy Śnieżnik (1425m). Wprawdzie szczyt spowijały gęste chmury, ale tyle, ile dało radę zobaczyć, przeszyło nas dreszczem i mięśnie zaczęły się buntować. Rzut oka na mapę prawdopodobnie ocalił nas przed depresją - szczyt omijamy. Szczęśliwi, wychwalając pod niebiosa nieznaną nam osobę, która wytyczała szlak dotarliśmy do schroniska na Hali pod Śnieżnikiem. Zastaliśmy tu grupkę dzieci, prawdopodobnie z kolonii, które zajmowały wszystkie atrakcyjne miejsca siedzące, dlatego zdecydowaliśmy się na błyskawiczne zejście do Międzygórza. Na kamienistej ścieżce, prowadzącej stromo w dół plecaki dały się nam mocno we znaki. Nadwyrężone kolana momentami odmawiały posłuszeństwa. Po dwóch godzinach męczocego schodzenia, zza drzew wyłoniły się pierwsze domy. Poczuliśmy przypływ nowych sił, tym bardziej, że słońce już schowało się za góry, a komary wpijały się w bąble po inwazji swoich poprzedników. Wchodząc do hotelu FWP w centrum miasteczka marzyliśmy tylko o jednym - spać!

Bartłomiej Dwornik
zdjęcia Paweł Kułacz

« powrót do archiwum


wszystko o mediach: Reporterzy.info - media i dziennikarstwo