Gazeta Wyborcza, luty 1998

Faceci w czerni
ŚWIDNICA. Czy strażnicy miejscy przekroczyli uprawnienia?
- Było ciemno. Z granatowego poloneza wyskoczyli na czarno ubrani faceci. "Gasić silnik! Wysiadać" - wołają do brata i do mnie. Nie przedstawili się. Więc brat tylko uchylił okno. Ale gość w czerni otworzył drzwi naszego samochodu i przystawił bratu pistolet do głowy. "Wysiadać!" - rozkazał.
Tak wydarzenia nocy z piątku na sobotę relacjonuje 22-letni Grzegorz, syn własciciela sklepu w Pszennie koło Świdnicy. Broń do głowy jego 18-letniemu bratu przystawił strażnik miejski ze Świdnicy. Działał poza granicami miasta. Czy był powód do użycia broni? Poza tym, czy strażnik miał prawo działać poza granicami miasta?
Piotr Kasprzak, komendant świdnickiej straży miejskiej twierdzi jednak, że jego podkomendni nie przekroczyli swoich uprawnień.

Od strony brata
Grzegorz opowiada, że razem z bratem wracali akurat ze Świdnicy do domu. Brat jednym samochodem z kolegą, a Grzegorz drugim. Brat wyprzedził na ulicy 1 Maja samochód straży miejskiej i pojechał do Pszenna.
- Strażnicy jechali bardzo powoli, więc brat nie popełnił wykroczenia - upiera się Grzegorz - Widziałem, bo jechałem akurat za strażnikami. Potem też ich wyminąłem. Już w Pszennie brat odwiózł kolegę do domu, wrócił pod nasz dom, chwilę pogadaliśmy i postanowiliśmy pojechać do restauracji w Pszennie po coca-colę. Wracaliśmy z tą colą, upłynęło już jakieś 15 minut od naszego powrotu ze Świdnicy do Pszenna i wtedy drogę zajechała nam świdnicka straż miejska - relacjonuje.
No i pojawił się ten nieszczęsny pistolet przy skroni.
- Był gazowy - wyjaśnia Piotr Kasprzak, komendant straży miejskiej w Świdnicy.
- A skąd moi synowei mieli to wiedzieć? - denerwuje się ojciec obu zatrzymanych przez strażników chłopaków.
Doszło do awantury. Przyjechała policja.

Ty czarnuchu
Inaczej zdarzenie opisuje komendant Kasprzak ze świdnickiej straży:- Maluch, którego potem zatrzymali strażnicy, jechał z nadmierną prędkością. Omal nie staranował samochodu straży. Funkcjonariusze nie wiedzieli, pijany kierowca, czy skradzione auto? Zawiadomili oficera dyżurnego policji. Ten powiedział, żeby strażnicy jechali za maluchem.
Stefan Jędrzejewski, z-ca Komendanta Rejonowego Policji w Świdnicy potwierdza:- Kiedy strażnicy zobaczyli nieprawidłwo wyprzedzającego malucha, od razu zawiadomili naszego oficera dyżurnego. Oficer poprosił ich, żeby sprawdzili, dokąd ten samochód jedzie. Funkcjonariusze Straży Miejskiej pojechali za podejrzanym samochodem i od razu powiadomili policję, że maluch zatrzymał się w Pszennie. Wysłaliśmy na miejsce radiowóz.

W obronie własnej
Komendant straży twierdzi, że strażnicy wyciagnęli broń dopiero, kiedy jeden z mężczyzn w zatrzymanym przez nich samochodzie "zrobił taki ruch, jakby chciał wziąć coś do ręki". - Ruch wskazywał, że dokonany będzie zamach -tłumaczy. Więc zdaniem komendanta jego podwładni działali w obronie własnej. - Poza tym kierowca i pasażer malucha ubliżali strażnikom, wołali do nich na przykład "ty czarnuchu" - mówi z oburzeniem komendant - Poniżyli ludzką godność.
Z drugiej strony komendant przyznaje, że poza granicami miasta strażnik przestaje być funkcjonariuszem.
- Ale w tym wypadku działali z polecenia oficera dyżurnego policji - wyjaśnia.
Stefan Jędrzejewski, z-ca komednanta świdnickiej policji: - Oficer dyżurny nie mógł im niczego polecić, bo to przecież inny rodzaj służby.
- Kiedy już przyjechała policja - opowiada ojciec obu chłopców - strażnicy schowali broń.
Jego zdaniem nie stało się nic, co upoważniałoby strażników do traktowania jego synów jak przestępców. Dlatego wczoraj złożył w prokuraturze świdnickiej doniesienie o przestępstwie.
EMOS, BARD--> 17 lutego 1998

« powrót do archiwum


wszystko o mediach: Reporterzy.info - media i dziennikarstwo