Gazeta Wyborcza, marzec 1998

Prosiak kontra karaoke

Krzyżacki zamek w Golubiu-Dobrzyniu wiele już widział. Sędziwe mury oparły się plemionom pruskim, przetrwały potop szwedzki. Jednak na początku marca roku pańskiego 1998 zamek został zdobyty. Szlachta i rycerze z całej Korony przez trzy dni władali twierdzą, a biesiadom i tańcom nie było końca.

W co się bawić?
Panuje taka tradycja, że studenci trzeciego roku organizują sobie tzw. "połowinki" z okazji przebrnięcia przez połowę drogi do upragnionego dyplomu. Jednak, bez względu na to, czy studiują w Warszawie, Wrocławiu czy Poznaniu, coraz częściej popadają w schemat - balują w wynajętych klubach, albo po prostu w hallach własnych wydziałów. - Warszawska Szkoła Główna Handlowa w tym roku imprezuje w klubie Stodoła, w zeszłym bawiliśmy się na uczelni - mówi Tomasz Marczuk, członek szkolnego samorządu. - Z reguły na takich balach gra jakiś jazz band na zmianę z D.J'em. Jest zawsze część artystyczna np. występ kabaretu czy teatru. Rozpierani energią goście mogą spróbować swoich sił w konkursach tańca, albo karaoke.
- My wynajmujemy sale w różnych klubach - opowiada Radosław Gutowski, przewodniczący samorządu Wyższej Szkoły Ubezpieczeń i Bankowości. - W tym roku wybór padł na Ground Zero, dość ekskluzywny klub warszawski. Imprezę przygotowują studenci, finansowo pomagają władze uczelni i sponsorzy. Wojciech Niebrzegowski, przewodniczący samorządu Wyższej Szkoły Handlu i Prawa, w tym roku również wybiera się do warszawskiego Ground Zero.
Takie imprezy jednak kosztują. Za wejściówkę trzeba zapłacić od kilkudziesięciu, do nawet kilkuset złotych. Ale jeśli mamy chęci, kilku zapaleńców i dobry pomysł, można zrobić coś niekonwencjonalnego, nie opróżniając przy tym do cna portfelowych zakamarków.

Po nitce do kłębka
- Na początku roku ktoś rzucił pomysł, że fajnie byłoby gdzieś wyjechać na dłużej niż na jedną noc, bo to trochę za krótko, żeby się dobrze pobawić. Zacząłem wypytywać ludzi, czy mieliby ochotę na coś takiego i tak po nitce do kłębka, okazało się, że wiele osób jest zainteresowanych - opowiada Damian Woźniak z Wydziału Zarządzania i Marketingu Uniwersytetu Warszawskiego, który wpadł na pomysł by zwykły "wydziałowy wypad" zamienić w imprezę połowinkową.
Damian organizował już wcześniej wyjazdy do Golubia-Dobrzynia, wystarczył więc jeden telefon do dyrektora golubskiego zamku, Zygmunta Kwiatkowskiego, żeby ustalić termin.
Wspólnie z Dorotą Fiodorow, studentką Archeologii UW rozpoczęli przygotowania. Po Uniwersytecie zaczęły krążyć ulotki o "Wielkiej imprezie połowinkowej". Fama dotarła też na inne uczelnie.
- Nie chciałem, żeby była to impreza z cyklu "przyjechali, napili się, pobawili i odjechali", ale coś więcej - wspomina Damian. - Chciałem , żeby każdy zapamiętał ten wyjazd do końca życia. Cała zabawa polegała na tym, że musieliśmy wszystko zorganizować sami, korzystając ze znajomości czy wypożyczając niektóre rzeczy.
Każdy dał co miał - jeden wziął kolumny, drugi wzmazniacze, ktoś wziął kasety i kompakty, ktoś inny projektor filmowy i reflektory. - Ludzie potrzebują coś tworzyć czy choćby współtworzyć. Po prostu czuć się potrzebni - twierdzi Damian. - Jeżeli ja dzwonię i mówię, że mam problem, i że sam sobie nie poradzę, to w ludziach budzi się chęć pomocy. Tak naprawdę to wszyscy tę imprezę tworzyli, każdy coś do niej wniósł.

Demoniczny taniec Nike
Do Golubia zjechała więc studencka brać. Zamkowe magazyny, gdzie przechowywane są zbroje, kontusze, suknie i peleryny, opustoszały. Za suto zastawionymi, ogromnymi, drewnianymi ławami zamkowej restauracji zasiadły piękne dwórki, mniej lub bardziej wąsaci szlachcice i dzielni rycerze. Na zamkowym dziedzińcu przez cały dzień dwóch halabardników piekło prosiaka, którego smakowity zapach wypełnił komnaty i krużganki. Kiedy zapadł zmrok, zamek opanowały duchy. Z głośników popłynęła tajemnicza, niemal demoniczna muzyka - na dziedzińcu rozpoczął się improwizowany spektakl zbudowany na kanwie zamkowych legend "O zakonniku i pieknej golubiance" i "O Annie Wazównie", połączonych ludowymi mądrościami. Halogenowy reflektor oświetlał tańczącą parę, która za rozwieszonym na krużgankach płótnie, jak w teatrze cieni, płynnymi ruchami opisywała etapy życia - od narodzin, przez miłosne wzloty i upadki, aż do nieuchronnej śmierci. Zakapturzony mnich załamującym się głosem krzyczał o sensie ziemskiego życia. Po zamkowych krużgankach, w rytm bicia dzwonów, przechadzał się duch Anny Wazówny, a uzbrojona w długi miecz Nike tańczyła złowrogi, wojenny taniec. Cały zamek spowijała mgła i czerwono-żółte światło reflektorów. Niespodziewanie w tajemniczą atmosferę wbiła się agresywna, opętańcza muzyka. Wszyscy jak ćmy, szaleńczo, do utraty tchu tańczyli wokół ognia. Nagle, jak ucięta nożem, muzyka zamilkła. Rozbiegani tancerze zamarli w bezruchu. Zgasło światło.
- To przedstawienie to nasze "dziecko", od scenariusza i grę aktorów, po aranżację i przygotowanie techniczne. - wspomina Bartek, współautor scenariusza i mnich w jednej osobie - Chcieliśmy, żeby zadziałała wyobraźnia, żeby wszyscy wczuli się w atmosferę i udzielił im się specyficzny nastrój golubskiej twierdzy.
A potem była już zabawa. - Na prosiaka! - padło hasło, toteż kto żyw, rzucił się w kierunku rusztu, aby dostać jak najsmaczniejszy kawałek. Strumieniami lało się piwo.
Kiedy zagrała muzyka, wszyscy bez wyjątku "poszli w tany" - studenci zarządzania, prawa, archeologii, dziennikarstwa, germanistyki, SGH czy Politechniki. Była nawet grupa Brazylijczyków, goszczących w Polsce na wymianie międzynarodowej.
Zamkowi goście dali o sobie znać także w pobliskim Toruniu, szczególnie w Planetarium, Domu Kopernika i sklepie z Piernikami Toruńskimi.
- Bardzo chętnie widziałbym podobne zabawy na zamku - mówi z uznaniem jego dyrektor Zygmunt Kwiatkowski. - Podobało mi się zwłaszcza to, że goście chcieli poznać historię twierdzy, a nie tylko się w niej bawić.

Recepta na sukces
Koszty zabawy były stosunkowo nieduże. Za trzy dni trzeba było zapłacić 90 złotych. Chętnych było więcej niż łóżek na zamku. Niezrażeni tym studenci spali w hotelach w Golubiu-Dobrzyniu, albo w sali muzealnej na podłodze. Wtedy koszty były jeszcze niższe.
- Recepta na sukces? Chcieć się bawić. To wszystko. Tak naprawdę nie da się zrobić świetnej imprezy bez pełnego zaangażowania i włożenia całego serca w to, co się robi - przekonuje Damian. - Zrobienie niepowtarzalnej imprezy nie zależy od miejsca, ale od chęci do zabawy i ludzi, na których można polegać.
O tym, że chcieć, znaczy móc, może świadczyć fakt, że jeszcze czterdzieści lat temu golubski zamek był ruiną. Jednak dzięki zaangażowaniu, ciężkiej pracy i konsekwencji dyrektora Kwiatkowskiego, dziś tętni życiem. Właśnie tu organizowane są Międzynarodowe Turnieje Rycerskie, wystawy i giełdy dawnej broni połączone z Międzynarodową Konferencją Rycerską czy w końcu słynne Wielkie Bale Sylwestrowe.
- Same zamki tworzą taki niesamowity klimat - twierdzi Damian. - Historia, odległe czasy, pochodnie, przygaszone światła czy stroje z dawnych epok tworzą szczególną otoczkę, której brakuje "zwykłym" imprezom w młodzieżowych klubach.

Idzie nowe?
Zwolenników niekonwencjonalnych imprez jest wsród studentów polskich uczelni na szczęście coraz więcej. Dowodem są tu studenci Politechniki Wrocławskiej. - Bierzemy kilka wojskowych namiotów, wsiadamy w pociąg i jedziemy nad jakieś jezioro - opowiada Jacek, student PW. - Rozbijamy je czasem na dziko, czasem na polu biwakowym, rozpalamy wielkie ognisko, smarujemy się pastą do butów i całą noc się wygłupiamy.
Zdaniem Krzyśka, który na Politechnice studiuje zaocznie, najciekawsze są imprezy robione "na żywioł". - Wsiada się, jak w piosence, do pociągu byle jakiego i wysiada na stacji, która się najbardziej podoba - opowiada. - Mniej zabawnie jest, kiedy nie można znaleźć noclegu, ale przygoda jest murowana. Tylko, że takie wypady możliwe są tylko w małych, kilkunastoosobowych grupach - przyznaje.
Ale okazuje się, że oklepaną konwencję można złamać również podczas zabawy w "lokalu".
- W zeszłym roku zorganizowaliśmy konkurs. Każdy miał zdjąć i założyć na lewą stronę, tyle ciuchów ile da radę - wspomina Anna Jabłońska, wiceprzewodnicząca Samorządu Studenckiego warszawskiej AWF. - Ku naszemu zdumienuiu i ogólnej radości, w pewnej chwili panowie uczestniczący w konkursie pozostali tak, jak ich pan Bóg stworzył.
- Nietypowe sytuacje pozwalają lepiej się poznać - tłumaczy Piotr, student Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu - To dlatego, że ludzie potrzebują ciągle czegoś nowego, nowych wrażeń, które urozmaicą trochę monotonię życia.
- Poza tym to niesamowita satysfakcja że w nawale tych wszystkich obowiązków: pracy, nauki, udaje się coś jeszcze zrobić, coś szczególnego i nietypowego, coś co pozostanie w nas na zawsze - dodaje Damian Woźniak.
A plany na przyszłość? Damian już je ma: połowinki z pokazem skoków spadochronowych. Oczywiście na zamku.
Anna Pacocha, Bartłomiej Dwornik

na szarym tle:
PRZEPIS NA DOBRĄ ZABAWĘ WG. DAMIANIA:

Niezbędne składniki:
- garść pomysłów
- paru znajomych
- szczypta wolnego czasu
- jeden telefon

Sposób przygotowania:
1. Ochotę do zabawy mieć
2. W składniki niezbędne się zaopatrzyć
3. Co najbardziej ludziom odpowiada wiedzieć
4. Łoża zorganizować
5. Wyjazd promować (plakaty, plotki, ulotki)
6. Atrakcji moc przygotować (prosiak, stroje itp.)
7. Na miejsce dotrzeć
8. Dobrze się bawić
9. Po sobie posprzątać
10. W sercu ostawić

« powrót do archiwum


wszystko o mediach: Reporterzy.info - media i dziennikarstwo