Świt, cisza i ogień rozpalony poza progiem... 🔥 Poznajcie potęgę Jarych Godów. Obrzędu tak ważnego dla Słowian, że bez niego wiosna po prostu nie mogła nadejść!
Czy wiecie na czym polegał obrzęd budzenia ziemi, czyli Jare Gody? Dziś chyba już żaden rolnik tego nie robi, ale kiedyś przed wiekami, o to była niezmiernie ważna sprawa. Wykonywano go zanim rozpoczęto jakiekolwiek prace polowe. Nie wyznaczała go data, lecz stan przyrody i ziemi. Posłuchajcie.
Świt nie przyszedł nagle. Najpierw tylko powietrze stało się lżejsze, jakby noc wypuszczała je z dłoni niechętnie, palec po palcu. Ziemia parowała cicho. Nie była już twarda, ale jeszcze nie miękka jak ciało, które dopiero zaczyna oddychać po długim śnie. Wyszli z domów bez słów. Drzwi nie trzasnęły, psy nie zaszczekały. Ogień rozpalono poza obejściami, nowy, nie z domowego paleniska. Mały płomień drżał, ucząc się powietrza, a wraz z nim ludzie uczyli się dnia.
Stali boso. Stopy w wilgoci w zimnie, które nie bolało już jak zimą, tylko ostrzegało. Jeszcze chwila. Nikt nie patrzył na niebo długo. Wystarczyło jedno spojrzenie ku wschodowi. Światło było już silniejsze niż wczoraj. Ktoś położył dłoń na ziemi, ktoś inny przykucnął, dotknął czołem chłodnej gleby. Milczenie nie było pustką, było słuchaniem. Ziemia nie mówiła słowami, ale odpowiadała ciężarem, zapachem, wilgocią, cichym drgnięciem pod skórą.
Gdy słońce wyszło wyraźnie ponad linie drzew, ruszyli. Najpierw wolno, okręgiem, zgodnie z ruchem dnia, krok za krokiem, bez pośpiechu. Ruch był prosty, powtarzalny, jakby ciało pamiętało coś starszego niż myśl. Nie tańczyli dla radości. Tańczyli, żeby wprawić świat w ruch. Pieśń pojawiła się sama, krótka, szorstka, bez ozdób. Kilka słów powtarzanych tak długo, aż przestały być słowami, a stały się dźwiękiem. Głos nie unosił się wysoko, opadał ku ziemi, wnikał w nią jak ciepło. Potem ogień wygaszono, czas otwarcia został zaznaczony. Teraz należało zwrócić się ku temu, co najniżej.
Na pole weszli o świcie następnego dnia. Ziemia była ciemna, lepka, gotowa przyjąć ślady stopy. Pierwsza wyszła kobieta, ani najmłodsza, ani najsilniejsza, lecz ta, która pamiętała najwięcej wiosen. Zatrzymała się, uklękła, przyłożyła ucho do gruntu. Trwała tak długo, aż wszyscy przestali się poruszać. Potem uderzyła kijem w ziemię. Raz, drugi, trzeci. Uderzenia nie były silne, były rytmiczne, jak pukanie do drzwi, za którymi ktoś śpi.
W kilku miejscach zakopano dary. Kawałek chleba, jajko, garść ziarna. Nikt nie mówił "na ofiarę". To było oddanie. Prosty gest równowagi. Ziemia bierze, ziemia oddaje, ale najpierw musi dostać. Młodzi zdjęli buty, przeszli przez pole powoli, pozwalając, by zimno wchodziło w stopy, w łydki, w brzuch. Śmiali się krótko, urwanie, jakby bali się, że głośniejszy śmiech coś spłoszy. Ciepło ciała przechodziło w ziemię, a z ziemi wracało ciężkie, obiecujące.
Wieczorem jedli razem. Resztki zostawiano na skraju pola. Nie wszystko jest dla ludzi. Przez kilka dni nikt tu nie orał. Nie cięto gleby, nie krzyczano, nie kłócono się na polu. Ziemia miała dojść do siebie, tak jak człowiek po długiej chorobie. A gdy noc przyszła znowu, była inna, krótsza, płytsza, jakby ziemia obudzona wreszcie nie chciała już spać tak głęboko.
Wraz ze świtem ogłoszono nadejście wiosny. Kiedy ziemia obudziła się, przyjęta dotykiem, ciepłem i ciszą, kiedy rytm zaczynał w niej krążyć, gdy odpowiedziała wilgocią, ciężarem i ruchem, wolno było postawić na niej pierwszy ślad. Prace polowe mogły się zacząć, bo wiosna została potwierdzona zgodą ziemi.