Wielki był i silny jak stado turów. Kiedy zrobił krok, to pół świata przemierzył, bo siedmiomilowe buty miał na nogach.
Dawno, dawno temu rzeka Pełcznica była potężną rzeką. Na szczycie jednego z brzegów stał rozłożysty dąb. Lubiła pod nim odpoczywać Anna, dziewczyna z pobliskiej wioski. Przychodziła w wolnym czasie, siadała pod drzewem, podziwiała piękne widoki i śpiewała. Oj, pięknie śpiewała. Głos niósł się daleko, daleko. Podziwiały te śpiewy wszystkie okoliczne wsie i przysiółki, a ona śpiewała o przyrodzie, ludziach, ich doli i niedoli.
Pewnego razu przechodził przez dolinę olbrzym. Wielki był i silny jak stado turów. Kiedy zrobił krok, to pół świata przemierzył, bo siedmiomilowe buty miał na nogach. Usłyszał głosik pełen dobroci, szczerości i... zakochał się. Usiadł na głazie, zmęczone nogi zamoczył w Pełcznicy i słuchał. Anna przestraszyła się wielkoluda, ale on podał jej najpiękniejszy kwiat, jaki znalazł w dowód swych uczuć. Dla Anny kwiat okazał się zbyt duży, aby mogła go przyjąć, gdyż był to najwspanialszy kwitnący krzak jaśminu, jaki był w dolinie. Zawstydził się olbrzym, a ona pogłaskała go serdecznie po najmniejszym palcu, który i tak okazał się być większy od pańskiego dworu.
Od tego czasu dziewczyna śpiewała jeszcze piękniej, bo dla swojego przyjaciela, który swoje siedmiomilowe buty postawił u zakola rzeki, bo nie chciał za bardzo oddalać się od Anny. Łowił dla niej ryby, pomagał w polu, zimą swym oddechem ogrzewał zmarznięte bydlątka, jesienią zdmuchiwał jabłka w sadzie. Żeby mogli być zawsze blisko siebie, zbudował dla Annę i jej bliskich piękny dom na zboczu góry. Korzystali z jego pomocy też wszyscy mieszkańcy okolicznych wsi. Szanowali i podziwiali swego wielkiego ulubieńca.
Jednak szczęście nie trwało wiecznie. Pewnej jesieni pojawił się w okolicy straszny smok. Pustoszył pola, niszczył domostwa, tratował wszystkie dobra. Olbrzym tego roku bawił w gościnie u swoich krewniaków i o niczym nie wiedział. Przerażeni ludzie, pozbawieni dachu nad głową, skryli się w domu Anny, bo tylko ten był murowany. I choć solidne mury postawił Olbrzym, to smok machnąwszy ogonem zrobił w nich ogromną wyrwę.
Pewnego wieczoru, kiedy wszyscy siedzieli stłoczeni w jednej izbie, a z oddali dochodziły odgłosy kroków bestii, ktoś poprosił Annę, żeby zaśpiewała. Jeśli mają umrzeć, to chcą usłyszeć po raz ostatni jej śpiew, a nie wycie potwora. Dziewczyna zaśpiewała tak pięknie, jak jeszcze nigdy dotąd. Szybko straszna wieść obiegła świat.
Dotarła też do Olbrzyma. W siedmiomilowych butach zjawił się natychmiast. To, co zobaczył, rozdarło mu serce. Ruszył do walki z gadem. Trzy dni i trzy noce trwała walka kolosów, bo smok do ułomków nie należał. Jak już jeden osiągnął przewagę, to zaraz ten drugi do sił wracał i walka trwała nadal.
Zrozumiał Olbrzym, że nie pokona smoka. Siły powoli go opuszczały. Postanowił ratować ukochaną za cenę własnego życia. Chwycił smoczysko z całych sił, jakie mu pozostały i mocno pociągnął w straszliwą przepaść. Runęli w dół. Ziemia zawyła z bólu, kiedy uderzyli o skały. Przywalił Olbrzym smoka swoim ciałem i tak pozostał. Trzyma go w tym uścisku po dziś dzień, żeby już więcej jego Anny i ludzi nie krzywdził.
Na skraju przepaści pozostał samotnie jeden siedmiomilowy but, a jego właściciel leżał tam na dole jak w mogile. Skamieniał, żeby bestia nie mogła się spod niego wydostać. Trawa i drzewa porosły jego kości. Dziś widać tylko jego głowę, którą unosi dumnie nad zwyciężonym smokiem i żeby słyszeć śpiew dziewczyny, którą umiłował. A Anna w dowód wdzięczności śpiewała mu do wiecznego snu, aż do końca swoich dni.
Potomkowie Anny zasłużyli się wielce i otrzymywali dostojne tytuły, toteż gród zaczęto nazywać Firstenstein. Książęcy Kamień. Dzisiaj z dawnej nazwy pozostało tylko słowo: Książ. Jedni mówią, że chodzi o owe ruiny nad wąwozem, zwane Starym Książem, inni, że to ten sam dostojny zamek podziwiany przez tysiące turystów. Ale jak jest naprawdę, wie tylko kamień leżący u podnóża grodu.