Posłuchaj opowieści, jak to chochlik mamił rzemieślnika i odebrał mu nadzieję. I zważ, że słowiańskie podania kryją przestrogę po dziś dzień.
Jak myślicie, kim lub czym był chochlik, o którym dziś często mówimy, jeśli popełnimy jakiś niewielki błąd? O, wkradł się tu chochlik. I czy faktycznie ten błąd jest niewielki? Nazwa chochlik pochodzi od czuba na głowie, od chochoła. A wszystko dlatego, że ów delikwent siadywał na ramieniu człowieka i szeptał mu do ucha... Posłuchajcie.
W Dolinie Trzech Wiatrów, gdzie świt zawsze przychodził z ociąganiem, a mgła snuła się po ziemi, jakby szukała zagubionych myśli, stała samotna chata Bartłomieja. Drewno jej ścian było spękane, dach przechylony, a okna patrzyły na świat, jak oczy człowieka, który dawno przestał wierzyć, że coś jeszcze może się zmienić. Bartłomiej był rzemieślnikiem. Ale jego praca przypominała życie. Wszystko zaczynał, niczego nie kończył. W jego dłoniach narzędzia traciły ostrość, a czas przeciekał jak woda przez palce. Ludzie mówili, że to lenistwo. On sam mówił, że jutro będzie lepiej. Tylko, że to jutro nigdy nie przychodziło.
W chacie od dawna mieszkał ktoś jeszcze. Nie widać go było w świetle dnia, bo światło rozpraszało jego kształt. Ale nocą, gdy płomień świecy drżał jak oddech przestraszonego dziecka, można było dostrzec cień, który nie należał do żadnej rzeczy. Chochlik nie był podobny do tych z dziecięcych opowieści, wesołych, zwinnych, z oczami jak dwa węgle. Ten był cichy, zbyt cichy. Siedział w kącie skulony, jakby utkany z chłodu i kurzu. Nie miał twarzy. Jeszcze nie. Czekał. Czekał na moment, w którym Bartłomiej znów powie "Później!" A Bartłomiej mówił to codziennie.
Kiedy odkładał naprawę dachu, chochlik poruszył się po raz pierwszy. Kiedy odsunął na bok niedokończoną robotę, urósł o włos. Kiedy zrezygnował z własnych planów, bo nie dziś, chochlik podniósł głowę. A pewnego wieczoru, gdy wiatr uderzał w ściany chaty jak w bęben, Bartłomiej poczuł na karku chłód. Odwrócił się powoli, jakby bał się, że ruch może coś obudzić. W półmroku stała istota wysoka na łokieć. Kim jesteś? Wyszeptał Bartłomiej. Chochlik uśmiechnął się krzywo. Jestem tobą, któremu nie chciało się ruszyć. Od tej chwili chodził za nim krok w krok. Nie przeszkadzał, nie psocił, nie przewracał garnków ani narzędzi. On osłabiał. Kiedy Bartłomiej brał się do pracy, chochlik kładł mu dłoń na nadgarstku i szeptał: Po co się śpieszysz? Świat poczeka. A świat naprawdę wyglądał jakby czekał. Tylko, że to było kłamstwo.
Pewnej nocy przyszła burza. Niebo przecięła błyskawica, a dach, który Bartłomiej prawie naprawił, runął z hukiem. Woda wdarła się do środka, zalewając warsztat, narzędzia, resztki pracy i resztki nadziei. Chochlik stał w progu, był większy, wyraźniejszy. Jego twarz była teraz pełną twarzą Bartłomieja, tylko bardziej pustą, bardziej obojętną, bardziej zmęczoną życiem, którego nikt nie prowadził. To twoje dzieło wyszeptał rzemieślnik. Chochlik skinął głową. Nie, to twoje jutro. Bartłomiej próbował go wygnać. Pracował do nocy, modlił się, palił zioła od zielarki, ale hochlik tylko patrzył, nie znikał, nie słabł.
Dopiero starzec z sąsiedniej wsi powiedział mu: "Chochlik żywi się tym, czego nie robisz. Zrób jedną rzecz do końca, a osłabnie". Bartłomiej zaczął od najmniejszej rzeczy. Naprawił jedną belkę. Chochlik skurczył się o włos. Naprawił okno. Chochlik zmalał do wielkości kota. Dokończył warsztat. Chochlik stał się cieniem, a gdy wreszcie zrobił wszystko, co odkładał, chochlik rozpadł się w powietrzu jak kurz w świetle poranka. Świt przyszedł cicho. Bartłomiej stał na progu, patrząc na dolinę, która wyglądała tak samo jak zawsze, a jednak inaczej. Lżej, jaśniej. W powietrzu nie było już chłodu, tylko wiatr, który niósł słowa, jakie powtarzali starzy ludzie. Chochlik nie mieszka w lesie, mieszka w człowieku, który odkłada własne życie.