Mówią starzy pasterze z Rodopów, że zanim ludzie nauczyli się orać i zanim pierwsza wieś zapaliła nocą ogień, góry miały już własnego strażnika. Nazywał się Zmey. Miał dwie twarze. Jedną znali ci, którzy żyli w dolinach. Drugą widzieli tylko ci, którzy zbliżyli się do jego gniewu.
W ludzkiej postaci Zmey schodził do wsi nocą, kiedy księżyc wisiał nisko nad szczytami. Wyglądał jak młody mężczyzna o długich włosach z oczami o przenikliwym wzroku. Ludzie mówili, że jego kroków nie słychać, a wiatr zawsze poruszał jego płaszcz, nawet w bezwietrzne noce. Nie przychodził po złoto ani po ofiary. Przychodził po kobietę. W każdej wsi była jedna. Ta, którą wybierał. Nie porywał jej, nie więził, chronił. Gdy szła przez las, wilki milkły. Gdy pracowała w polu, chmury omijały jej zagon. Gdy chorowała, wiatr przynosił jej chłód lub ciepło, jakby znał jej potrzeby. Ludzie szeptali, że Zmey kocha tak, jak kocha burza, gwałtownie, zazdrośnie, namiętnie.
Każdej wiosny, gdy nad górami zbierały się czarne chmury, wieśniacy wychodzili na pola i patrzyli w niebo. Wiedzieli, że jeśli Zmey jest z nimi, grad nie spadnie, a burza nie zniszczy plonów. Bo Zmey nie tylko kochał kobiety, kochał też ziemię, która je żywiła. Gdy demony gradu, zimne, bezlitosne istoty z północnych wichrów nadlatywały nad dolinę, Zmey wzbijał się w powietrze. Wtedy jego ciało drżało, a ludzkie rysy zaczynały pękać jak skorupa. W chwili, gdy burza dotykała jego ziemi, Zmey przemieniał się w swoją drugą naturę. Wielkie skrzydła rozrywały powietrze, łuski błyszczały jak stal. Z jego ust buchał ogień, który nie parzył ziemi, lecz przypalał gradobite demony. W tej postaci był lamią, potworem, nie tym złym, który pożera ludzi, lecz tym, który rodzi się z gniewu i miłości jednocześnie. Ludzie widzieli na niebie trzy ogniste głowy wijące się wśród błyskawic. Widzieli, że walczy za nich. A kiedy burza ustępowała, Zmey opadał na ziemię, znowu przybierając ludzką postać. Zmęczony, ale zwycięski.
W każdej legendzie jest jedna kobieta, która znała go lepiej niż inni. W tej opowieści była nią Mila, córka pasterza. Nie bała się go. Nie uciekała, gdy pojawiał się w jej chacie jak cień. Słuchała, gdy mówił o wiatrach, które znał po imieniu, o górach, które pamiętały jego narodziny, o ogniu, który płynął w jego żyłach. A on, istota zrodzona z burzy, przy niej stawał się spokojny jak letni deszcz. Pewnego roku przyszła burza inna niż wszystkie. Nie niosła deszczu, niosła lamię, prawdziwą, złą, wielogłową bestię. która pożerała wsie i ludzi. Zmey wiedział, że jeśli nie stanie do walki, Mila zginie pierwsza. Wzbił się więc w niebo, przemieniając się w swoją ognistą formę. Bitwa trwała całą noc. Błyskawice rozcinały niebo jak miecze. Ogień i grad mieszały się w powietrzu. Gdy świt wstał, lamia była martwa. A Zmey ledwo żywy spadł na skraj lasu, tam gdzie Mila go znalazła. Położyła jego głowę na swoich kolanach, a on spojrzał na nią ostatni raz ludzkimi oczami. Strzegłem was. Wyszeptał. I będę strzegł, dopóki pamięć o mnie nie zgaśnie. I zniknął, nie umarł.
Rozszedł się w powietrzu jak dym, jak wiatr, jak burza, która odchodzi, ale zawsze wraca. Mówią, że gdy nad Rodopami zbiera się burza, a chmury krążą nad polami, można zobaczyć na niebie ognisty kształt. Nie lamię, nie potwora, Zmeya, strażnika pól, wsi i kobiety, którą kochał. A jeśli burza omija wieś szerokim łukiem, ludzie wiedzą komu dziękować.
Bajarka Małgorzata
Małgorzata Dwornik
@Malgorzata78
Bard Bartłomiej
Bartłomiej Dworik
@bartlomiejdwornik