Jak myślicie, Światowid czy Świętowit? Otóż posąg z rzeki Zbrucz to Światowid. Masyw w górach suchych to Światowid. Ale bóg słowiański o czterech twarzach to Świętowit. Tak, tak. ŚWIĘTOWIT!
Na początku miał tylko jedną twarz, jedno spojrzenie, jeden głos, jedną wolę. Był Bogiem potężnym, ale nie wszechmocnym, bo nawet bogowie muszą wybierać komu odpowiedzieć, a komu odmówić.
Pewnego dnia do jego świątyni przyszły cztery ludy, każdy z innej strony świata. Z północy przyszli wojownicy, błagając o siłę i zwycięstwo, bo wróg stał u ich bram. Z południa przyszły matki i starcy, prosząc o spokój, bo wojna wypaliła ich ziemię do cna. Ze wschodu przyszli rolnicy, prosząc o urodzaj, bo ich pola zamieniły się w popiół. Z zachodu przyszli wróżbici, prosząc o znak, bo nie wiedzieli, co przyniesie jutro.
Cztery prośby, cztery potrzeby, cztery światy i wszystkie sprzeczne. Świętowit słuchał ich długo, a im dłużej słuchał, tym bardziej drżał. Najpierw zadrżał miecz, który trzymał w dłoni, jakby rwał się do walki, a pas na jego biodrach naprężył się tak, jakby próbował utrzymać w ryzach coś, co już nie chciało być jednością. Na dziedzińcu rżał biały koń, czując nadchodzącą wróżbę, a róg przytroczony do siodła, przelewał się sam, jakby chciał obdarzyć wszystkich obfitością.
Świętowit próbował odpowiedzieć wszystkim na raz. Chciał dać zwycięstwo północy, spokój południu, urodzaj wschodowi i znak zachodowi. Ale jeden głos nie mógł wypowiedzieć czterech prawd. Jedno spojrzenie nie mogło widzieć czterech dróg. Jedna wola nie mogła unieść czterech światów.
I wtedy stało się. Jego twarz pękła nie jak kamień, lecz jak światło rozproszone przez wodę. Rozsunęła się na cztery strony jak róża wiatrów. Każda część przyjęła inną wolę, inne pragnienie, inną moc. Z miecza narodziła się twarz wojny. Z metalu uniósł się gorący podmuch, a z jego środka wyłoniło się oblicze twarde, gniewne i nieustępliwe. Twarz, która zna tylko marsz naprzód. Z rogu powstała twarz urodzaju. Naczynie przelewało się złotym płynem, który spływał na ziemię jak światło. Z tej jasności wyłoniło się spokojne, łagodne oblicze. Twarz, która niosła wzrost, ciepło i obfitość, jakby w jej spojrzeniu dojrzewały wszystkie plony świata. Z białego konia twarz wróżbity. Zwierzę zarżało tak, że dźwięk przeszył powietrze jak znak z innego świata. W jego oczach zapłonęło odbicie przyszłości, a z tej wizji wyłoniło się oblicze przenikliwe, nieuchwytne. Twarz, która widzi to, czego inni jeszcze nie dostrzegają. A z pasa, który pękł na cztery rzemienie, narodziła się twarz przeznaczenia. Ta, która miała trzymać pozostałe w równowadze.
Od tego dnia Świętowit nie był już jednym bogiem. Był czterema, splecionymi w jedną istotę. Cztery spojrzenia, cztery głosy, cztery moce. A pokój? Pokój nie był twarzą. Pokój był tym, co mogło powstać tylko wtedy, gdy twarz przeznaczenia ujarzmiła pozostałe trzy. I dlatego, gdy patrzycie na posąg Świętowita, widzicie cztery oblicza. Nie dlatego, że tak został stworzony, lecz dlatego, że ludzie swoimi pragnieniami rozerwali go na cztery strony świata.
Bajarka Małgorzata
Małgorzata Dwornik
@Malgorzata78
Bard Bartłomiej
Bartłomiej Dworik
@bartlomiejdwornik