W chacie na skraju wsi, gdzie kończyły się pola, a zaczynała knieja 🌳 mieszkało młode dziewczę. Była piękna, ale pięknem dziwnym, niepokojącym...
W czasach dawnych to było, gdy knieje pełne były wilków, a lud czcił jeszcze dawnych bogów. W chacie na skraju wsi, tam gdzie kończyły się pola, a zaczynała ciemna knieja, mieszkało młode dziewczę. Była piękna, ale pięknem dziwnym, niepokojącym. Już od narodzin mówili, że ma dwa serca i dwie dusze, a w ustach dwa rzędy zębów. Pierwszy ludzki, a za nimi drugi ostry jak igły. Stara znachorka szeptała, że to znak, iż cień przysiadł w jej wnętrzu.
Bali się jej ludzie i unikali. Z początku tylko patrzyli podejrzliwie, lecz z każdym rokiem ich spojrzenia stawały się twardsze. A ona nie bawiła się z innymi dziewczętami. Nie śmiała się na weselach. Wolała w nocy chodzić po łąkach, zbierać zioła, które pachniały dziwnie i paliły w nos. Mówili, że z księżycem rozmawia, że widzą ją między drzewami, gdy reszta wsi śpi. Gdy w obejściu krowa padła, to ją palcem wskazywali. Kiedy dziecko gorączką zaniemogło, mówiono, że rzuciła urok.
Zdarzyło się, że chłopcy z wioski obrzucili jej chatę kamieniami, a kobiety odwracały się na jej widok. Nieraz wracała z lasu z koszem pełnym ziół i patrzyła na ludzi spod zmrużonych powiek. W tym spojrzeniu to bólu więcej było niźli gniewu. W zimowe wieczory szeptano, że przyjdzie dzień, gdy jej druga dusza upomni się o swoje.
I przyszedł. Pewnej jesieni choroba położyła dziewczynę do łoża. W trzy dni zgasła, ledwie dwadzieścia wiosen licząc. Pochowano ją na skraju cmentarza twarzą ku ziemi z kamieniem na piersi. Kapłan odmówił modlitwy, a lud odetchnął, jakby wielki ciężar spadł z piersi.
Lecz w trzecią noc po pogrzebie psy zawyły tak, że włos stawał dębem. Złowrogi szum skrzydeł i pochukiwań, jakby setki sów krążyły nad osadą, brzmiał aż do brzasku. Nawet księżyc tej nocy zdawał się obcy i złowrogi. Stary pasterz przysięgał, że widział z daleka białą postać biegnącą przez pola. Ani to człowiek, ani zwierzę było. Rankiem gospodarze kury rozszarpane po obejściach najdować poczęli. Potem padło pierwsze ciele, niedługo następne. Strach padł na wieś całą i noc po nocy tylko się wzmagał.
Aż przyszło najgorsze. Kowal dzieci swe oświcie znalazł, blade jak mleko z dwiema czerwonymi dziurami na szyjach. Starsi zebrali się na naradę. Znachorka rzekła: "To strzyga. Druga jej dusza nie poszła w zaświaty. Wraca, by się karmić i mścić za to, jak traktowana była." Słowa zielarki były jak nóż w powietrzu.
Postanowiono jeszcze tej samej nocy otworzyć mogiłę. Powietrze stało się ciężkie, a cisza tak gęsta, że słychać było jak łomoczą strachliwe serca. W świetle pochodni dziewcze leżało, jakby nigdy ducha nie wyzionęła. Oczy otwarte, policzki rumiane, a usta wilgotne jakoby od krwi. Młody kowal uniósł osikowy kołek. Nagle sędziwy starzec stanął przed nim z ręką podniesioną. Coś w oczach strzygi ujrzał, czego nikt nigdy dostrzec nie potrafił.
Nie były to oczy potwora, jeno kogoś, kto cierpi katusze. Zamiast kołka wziął tedy woreczek z zielem świętojańskim. Szeptał modlitwy stare i nowe, a i o wybaczenie prosił. Strzyga westchnęła, jakby zdjęto z niej ogromny ciężar. Szeptem rzekła, że jej druga dusza była jak dzikie zwierzę, jako wilk zamknięty w ciemności, karmiony strachem i krzywdą. poprosiła, by pozwolić jej odejść w spokoju.
Ludzie na jej piersi wianek z ziół tedy ułożyli, a mogiłę zasypali nie kamieniami, lecz ziemią miękką, pachnącą jak wiosna po deszczu. Znachorka posypała kopiec solą, a starzec skropił wodą ze świętego źródła. Tej nocy sowy nie wołały, psy spały bez niepokoju, a poranek był tak cichy, że każdy krok zdawał się świętokratztwem. Od tamtej pory żadne dziecko nie zachorowało nagle bydło nie padało, a księżyc świecił łagodniej. Czasem gdy iść w noc przez łąki, czuć zapach tych samych ziół, które wtedy kładli na jej piersi, jakby dwie dusze spoczywały już razem bez gniewu.
Dlatego pamiętajcie, nie wszystko, co inne jest złe. Strach rodzi przemoc, a ta potrafi obudzić potwory. Ale wystarczy rękę podać wysłuchać, by ocalić i siebie, i drugiego. Bo kiedy komuś szansę na spokój dajemy, sami też go dla siebie odnajdziemy.