Posłuchaj historii skrzydlatego psa, który stanął do walki 🐺🌬️ z lodowym oddechem Mory, by ratować plony i życie dawnych Słowian!
Czy słyszeliście kiedyś imię Simargł? Nie? No to posłuchajcie. W czasach tak dawnych, że pamięta je tylko Ziemia, nadeszło lato dziwne i ciężkie. Rankiem rosa była zimna jak początek zimy, a wiatr niósł zapach gnijącego ziarna. Zboża czerniały od środka, trawa kruszyła się pod stopami, a ze ścieżek prowadzących na pola unosiła się blada mgła. Nawet starzy pasterze, którzy zazwyczaj patrzą pogodnie na każdy kaprys natury, patrzyli w niebo z obawą, bo ziemia, ich wierna matka, milczała.
Żerca, mąż siwy jak popiół z ogniska, zarządził rytuał błagalny. W noc najciemniejszą zapalono ogień na środku wsi, a wokół niego stanęli wszyscy, starzy i młodzi, chorzy i zdrowi. Ludzie klękali, niektórzy ze łzami w oczach i prosili o pomoc Mokosz, matkę ziemi i opiekunkę plonów. Gdy modlitwy zaczęły cichnąć, ziemia nagle zadrżała. Delikatnie, jakby budziła się ze snu.
Z ciemności spłynęło światło. Najpierw maleńkie jak świetlik, potem jaśniejsze jak księżyc. I wtedy z mgły wysunęła się postać. Postać, jakiej nikt nie widział od pokoleń. Był to Simargł, wysłannik Mokoszy. Skrzydła miał wielkie, srebrzyste, a sierść liśniła jak łan dojrzewającego żyta. W oczach nosił odbicie gwiazd, jakby patrzył jednocześnie na ludzi i na coś daleko poza światem.
Nie rzekł ani słowa, bo on mówił inaczej. Światłem, ruchem, oddechem ziemi. Okrążył ognisko, a tam, gdzie spadały iskry spod jego skrzydeł, rośliny na chwilę prostowały zwiędłe łodygi, jakby wstydząc się własnego słabnięcia. Żerca padł na kolana. - Mokosz nas nie opuściła - westchnął. To jej strażnik.
Od tej nocy Simargł strzegł pól. Chodził między kłosami jak duch światła. Wąchał ziemię, unosił skażone ziarna i wynosił je poza wioskę, by nie tknęła ich zaraza. Ludzie patrzyli na niego z nadzieją, ale i z lękiem, bo wiedzieli, jeśli Mokosza posłała swego strażnika, to wróg musiał być potężny.
Jedynie mała pasterka nie bała się skrzydlatego psa. Chodziła za nim cicho jak cień i pewnego dnia odważyła się dotknąć jego sierści. W tej samej chwili zobaczyła obraz. Czarne korzenie oplatające glebę, lodowy oddech Mory, pękający grunt, jakby ziemia sama cierpiała. - Ona nadchodzi - wyszeptała do Żercy.
I rzeczywiście, pewnej nocy mgła spłynęła na wioskę jak ciężka zasłona. Trawy zamarzły w mgnieniu oka. Dachy pokrywał szron, choć było lato. A wśród bieli mgły pojawiła się postać wysoka i smukła, o włosach z czarnego lodu, z oczami pustymi jak głęboka studnia.
To była Mora. Jej głos był jak pękający lód. Ludzie uciekli, ale Simargł stanął naprzeciw niej. Skrzydła rozłożył szeroko, jakby osłaniał całą ziemię własnym ciałem. Zaryczał głosem, od którego drżały drzewa, a gwiazdy na chwilę przygasły. Mora uniosła dłoń, a z jej palców popłynął lodowaty wiatr. Uderzył w skrzydła Simargła, otulił je bielą, próbował zgasić ich światło. Sierść skrzydlatego psa oszroniła się. Kłosy pod nim zaczęły pękać.
Lecz wtedy mała pasterka krzyknęła: "Ogień, ogień Mokoszy! Tak kazał!" Ludzie zrozumieli. Wbiegli do zagród, chwycili zapalone szczapy, zioła, gałęzie, rozpalili wokół pól krąg płomieni. W ogień wrzucali macierzankę, szałwię, bylicę. Płomienie buchały wysoko, tworząc mur światła i dymu. Mora warknęła gniewnie, cofając się od gorąca.
Simargł wykorzystał tę chwilę, skoczył w mgłę, w sam jej środek, gdzie czerniła się plama ciemności, serce Mory. Zarył pazurami w ziemię i wydobył z niej lodowaty korzeń, skręcony jak wąż pulsujący zimnem. Mora zawyła tak przeraźliwie, że noc zadrżała. A gdy korzeń pękł w paszczy Simargła, mgła opadła jak zdmuchnięta, a pani zimnej zarazy rozpłynęła się z sykiem, wracając tam, skąd przyszła, do głębin zimy.
Nastała cisza, długa, ciężka, ale żywa. Pierwsze promienie świtu spadły na pola, a tam, gdzie przed chwilą panował mrok, pojawiły się zielone pędy, maleńkie, ale uparte. Ziemia westchnęła, jakby odetchnęła od bólu. Simargł stanął na wzgórzu, potrząsnął skrzydłami, z których posypały się ostatnie iskry światła. Spojrzał na ludzi, na Żercę, na pasterkę, a potem wzbił się w powietrze cicho i lekko, jak wiatr nad łanem zboża.
Od tamtego czasu ludzie co roku zapalają ognie dla Mokoszy i zostawiają garść ziaren na skraju boru dla strażnika, który przyniósł im odrodzenie. Bo każdy, kto o świcie zobaczy srebrzysty błysk nad polem, wie jedno. Simargł czuwa.