Legendy o Wietrzycy posłuchaj. Bestii, co jednym tchem życie z płuc wydzierała 🌬️ a starzy bacowie bali się bardziej niźli wilków.
Czy wiecie kim była Wietrzyca? Otóż przed dawnymi laty, kiedy Tatry były jeszcze dzikim królestwem, w którym rządzili bogowie i demony, kiedy niebo mętniało, a szczyty przywdziewały białe czapy chmur, starzy gazdowie wiedzieli, że idzie halny i swój szał odprawiać będzie ona. Wietrzyca.
Nie była duchem ani człowiekiem. Była ucieleśnieniem gniewu gór, stworzeniem utkanym z pędu powietrza i nienawiści do wszystkiego, co żywe. Gdy Wietrzyca schodziła z gór, owce rwały się z pastwisk, psy kuliły ogony, a ludzie milkli, jakby ktoś nagle wyrwał im słowa z ust. A czasem tylko przechodziła przez wieś, łamiąc drzewa i ludzkie kończyny, zostawiając po sobie strach i ciszę.
Pewnego jesiennego wieczoru młody juhas Jędrek wypasał stado na Hali Kondratowej. Powietrze stało się nagle ciężkie i duszne, a niebo przybrało barwę starej miedzi. Jędrek, choć młody, znał stare opowieści. Wiedział, że ten nagły spokój to tylko cisza przed atakiem bestii. Nagle uderzyło. Pierwszy podmuch niemal powalił jętrka na ziemię. Smreki wygięły się w nienaturalny łuk, a z oddali dobiegł przeraźliwy pisk. Nie ptasi, nie ludzki, świdrujący w uszach jak tysiąc igieł. To była Wietrzyca.
Stado wpadło w popłoch. Najsilniejszy baran Jędrka został nagle uniesiony w górę, jakby porwały go olbrzymie niewidzialne szpony i rzucony o skałę z taką siłą, że chłopak usłyszał trzask łamanych kości. Wietrzyca krążyła wokół bacówki, zrywając gonty z dachu i rycząc w kominie. Młody juhas poczuł, że drętwieje mu język. Chciał krzyknąć, wezwać pomocy, ale z jego krtani wydobył się tylko cichy charkot. Wietrzyca zaczęła odbierać mu mowę.
Wtedy przypomniał sobie słowa starego bacy. Wietrzyca boi się tylko stali i odwagi. Jeśli w nią ugodzisz, krew spłynie na ziemię, a ona zginie. Wyrwał zza pasa swój zbójnicki nóż. Ciężki, o klindze kutej w ogniu i hartowanej w lodowatej wodzie Potoku Chołowskiego. Stanął na środku polany targany wichurą, która próbowała wyrwać mu kończyny ze stawów. Widział jak trawa kładzie się w kręgach, wskazując gdzie wiruje bestia. Czekał.
Gdy najsilniejszy wir kurzu i liści uderzył w niego prosto z góry, Jędrek zebrał resztki sił i potężnym zamachem rzucił nożem w samo serce szalejącego powietrza. W tym samym momencie stało się coś niewytłumaczalnego. Pisk urwał się gwałtownie, przechodząc w głuchy jęk. Wiatr ustał tak nagle, że Jędrek stracił równowagę i upadł na kolana. Nastała absolutna, dzwoniąca w uszach cisza. Chłopak podbiegł do miejsca, gdzie upadł nóż. Broń tkwiła wbita w darń, ale stal nie lśniła już czystością. Cała głownia była pokryta gęstą, ciemną, parującą krwią, która powoli ściekała na trawę.
Choć wokół nie było nikogo, Jędrek czuł, jakby właśnie zabił samą naturę. Odzyskał głos, krzyknął z ulgi, a echo poniosło jego krzyk aż do samego Giewontu. Wietrzyca zniknęła, zostawiając po sobie jedynie połamane smreki i legendę, którą górale opowiadają przy każdym ognisku. A gdy halny wieje zbyt mocno, juhasi mocniej ściskają rękojeści swoich noży, wypatrując w tumanach pyłu czerwonych oczu Wietrzycy.