Karkonosze do dziś pamiętają tę historię. 🏔️ O krótkim szczęściu dwojga młodych i złowrogim oku podziemnego potwora.
Tam, gdzie dziś pasmo Karkonoszy się rozciąga i góra Śnieżka zachwyca swą urodą, za czasów wielkich bogów tylko piękne łąki się rozciągały, choć i inne góry z daleka widać było. W tych dolinach osady ludzie pobudowali, ziemię uprawiali, bydlądka hodowali.
W jednej takiej wsi żyła dziewczyna, co Białą nazywali i chłopak o imieniu Karko. Biała, choć włosy miała czarne jak skrzydło kruka, suknie białe haftowane sobie upatrzyła i tylko w takich chadzała. Dobra to była dziewczyna, pomocna. Wody nanosiła, dziury pocerowała, a i w domowych pracach chętnie pomagała. O innych nie zapominała. Im też wszelakiej pomocy udzielała, czy to latem, czy zimą. Oj, cieszyła ludzkie oczy Biała cieszyła.
Karko też był młodzieńcem niczego sobie. Gładkie lico, sprawny jak górskie koziołki, a oko celne jak jastrząb, nie przymierzając. Z łukiem i strzałami na co dzień chodził, bo polował w pobliskich lasach i wioskę w dziczyznę, za pozwoleniem bogini lasów Dziewanny, zaopatrywał.
Biała i Karko byli parą. Świata poza sobą nie widzieli. Kochali się tak bardzo, że nawet Łada, bogini miłości, głową ze zdziwienia kręciła, bo takiej miłości nie widziała. Ale Białą upatrzył sobie na żonę jeszcze ktoś.
Stwór, co podziemi pilnował. Pół wężem, a pół człowiekiem był i w grocie w pobliskiej przepaści mieszkał. Nazywali go Żmij. Przyłaził nocami, na kamieniu siadał i patrzył, a wzrok miał przenikliwy, niedobry. Często Białą śledził, jak wieczorami wodę z pobliskiego potoku nosiła. A ona, bidulka, niczego się nie domyślała, tylko do Karko, uśmiechy słała. Pewnego dnia wypełzł Żmij ze swojej groty, Białą w pół ucapił i do przepaści zaczął ciągnąć.
Dziewczyna ze strachu omdlała, a Karko, który właśnie na spotkanie z nią zmierzał, jak to zobaczył, zaczął w potwora strzały wypuszczać. Nic to jednak nie dało. Żmij miał pancerz i skórę na ogonie twardą, jak te skały, w których żył. Wciągnął dziewczynę w przepaść wielką, a żeby nikt za nim nie poszedł, kamieniami ją zasypał. Karko, nie mogąc skoczyć za ukochaną, padł na kolana i włosy wyrywać sobie zaczął z tej wielkiej rozpaczy. A krzyczał tak głośno, że ludziska ze wsi przybiegli na pomoc, ale pomóc już nie mogli.
Przepadł Żmij, przepadła Biała, tylko rozdarte serce Karko, pozostało. Padł chłopak jak nieżywy z tej rozpaczy i leżał bez ruchu dzień, a potem drugi i jeszcze następny. Ludzie przy nim czuwali, w dzień jadło przynosili, w nocy ognie palili, ale on nie jadł, nie pił jeszcze trochę, a i oddychać by przestał.
Jednej nocy z nieba dwójka bogów zestąpiła. Pani miłości i życia Łada i bóg nocnego nieba i gwiazd Dyja. Widząc takie wielkie nieszczęście, postanowili pomóc Karko. Białej życia nie zwrócą, to niemożliwe. Ale jemu ulżyć mogą. Dyja do siebie go weźmie, aby wśród gwiazd zamieszkał, a Łada zaopiekuje się miejscem, gdzie Białą ziemia i kamienie przykryły.
Aby pamięć o pięknej dziewczynie nie przepadła, wraz z ludźmi kurhan, górę usypie i dbać o nią będzie. I tak się stało. Karko wśród gwiazd zamieszkał, a ludziska wielką górę aż po samo niebo usypali, żeby mu bliżej do ukochanej było. Łada latem w zieloną trawę ją ubierała, a zimą śnieżną pierzynką przykrywała. A że częściej góra biała niż zielona była, ludzie zaczęli Śnieżną Górą ją nazywać, a po wielu wiekach Śnieżką nazwali. Niektórzy mówią, że i nazwa Karkonosze od imienia Karko powstała, ale kto to wie, jak było naprawdę?