Legenda o tym, jak ludzka pycha i niewdzięczność potężnego demona chmur ubodła i gniew żywiołów sprowadziła.
Czy zastanawialiście się kiedyś patrząc na mapę, dlaczego na Kurpiach, choć sąsiadują z Mazurami, nie ma jezior? Stało się tak za sprawą Płanetnika, strażnika chmur i pogody. A było to w czasach, kiedy puszcza zielona nie była jeszcze tak sucha i piaszczysta. Pośród gęstych borów lśniły błękitne oczka jezior. Rybło w nich wbród, a woda była tak czysta, że widać było dno nawet w najgłębszych miejscach. Mieszkańcy żyli dostatnio, ale z czasem stali się pyszni i zaczęli zapominać o szacunku do sił natury.
Pewnego dusznego lata, gdy słońce niemiłosiernie prażyło korony sosen, na kurpie nadciągnął płanetnik. Nie był to jednak zwykły chmurnik, lecz jeden z najstarszych i najpotężniejszych. Olbrzym obrodzie z mgły tak wielki, że gdy stąpał po ziemi, uginały się pod nim wiekowe dęby. Płanetnik był wycieńczony. Od wielu dni przepędzał gradowe chmury nad bagnami, walcząc z powietrznymi żmijami. Postanowił zatem odpocząć nad jednym z kurpiowskich jezior. Przybrał postać starego wędrowca w ogromnym słomianym kapeluszu i ruszył w kierunku bogatej osady. Zamiast jednak gościny spotkał się z drwinami. Ludzie zajęci liczeniem zysków z połowów przepędzili go, żałując mu nawet kubka zimnej wody.
Gdy starzec wyszedł z wioski, jego oczy pociemniały jak niebo przed burzą. Wrócił do swojej prawdziwej postaci. Skoro żałujecie wody strudzonemu, nie będziecie jej mieć wcale. Zagrzmiało nad puszczą i Płanetnik zwołał swych braci. Płanetnicy rozwinęli ogromne niewidzialne powrozy uplecione z wiatru. Zaczęli wiązać tafle jezior, jedna po drugiej, jakby to były wielkie błyszczące płótna. wyrywali wodę wraz z sitowiem, rybami, a nawet piaszczystym dnem. Każde jezioro wciągali powoli do góry, pakując je w przepastne ciężkie chmury, które pod tym ciężarem stały się niemal czarne. Gdy Płanetnik zarzucił ten wodny bagaż na plecy, cała puszcza zatrzęsła się.
Kiedy Kurpie zorientowali się, co się stało, próbowali przebłagać Płanetnika. Kobiety wynosiły na progi chaty dzieże pełne świeżego ciasta chlebowego, wierząc, że zapach pieczywa zmiękczy serce demona. Mężczyźni uderzali w bębny i deli w ligawki, by ich głos dotarł ponad wierzchołki sosem, a najstarsi bartnicy wspięli się na najwyższe sosny bartne, wyciągając ku niebu plastry złotego miodu, krzycząc: Zabierz słodycz naszej puszczy, Panie Chmur, ale zostaw nam wodę, bez której las zginie.
Ale Płanetnik był niewzruszony. Ruszył na północ, tam gdzie ludzie potrafili docenić dar niebios. szedł ciężko, a tam gdzie stąpał zostawiał piaszczyste wydmy i jałowe pola. Gdy dotarł na granicę puszczy, obrócił się i rzucił za siebie garść wyschniętych szyszek, które w mgnieniu oka zakorzeniły się w piachu, tworząc gęsty, suchy bór sosnowy. Jedyną rzecz, która miała odtąd chronić Kurpiów przed słońcem, którego nie mogła już złagodzić tafla żadnego jeziora. Ludzie zrozumieli swój błąd. Z żalem patrzyli na puste niecki, które z czasem zarosły mchem i borem, a piach zasypał ostatnie wspomnienie po wielkiej wodzie.
Od tego czasu, gdy nad ich ziemiami przechodziła gwałtowna burza, wystawiali w oknach kromkę chleba. Nie robili tego, by odzyskać jeziora. Wiedzieli, że te przepadły na zawsze. Robili to, by Płanetnik syty i udobruchany, nie zabrał im chociaż tych kilku rzek, które pozostały jak błękitne blizny na piaszczystym ciele puszczy. Dziś Kurpie słyną z miodu i drewna, ale najstarsi leśni ludzie patrzą w niebo z nadzieją za każdym razem, gdy nadchodzi wielka deszczowa chmura i wspominają błękit jezior, które utracili przed wiekami.