Oto legenda o istocie zawieszonej między życiem a śmiercią. Czy słowiańskie wampiry pragnęły tylko krwi? Otóż, wcale nie.
Znacie taką postać jak wąpierz? To nie człowiek, ale też nie duch. To twór zawieszony między światem żywych a umarłych. Mógł być strasznym i czynić zło, ale zdarzało się też, że nie niósł grozy, a potrzebował pomocy. Właśnie takiego wąpierza spotkała dziewczyna w pewnej łużyckiej wsi. Posłuchajcie.
Na ziemiach Łużyc, gdzie rzeki płyną leniwie między łąkami, a stare dęby pamiętają czasy, których nikt już nie potrafi opowiedzieć, leżała niewielka wieś ukryta wśród pól i mokradeł. Wiosna przychodziła tam cicho, razem z mgłami unoszącymi się nad wodą i śpiewem ptaków, który niósł się daleko po równinach. Ranki były jasne i pachniały wilgotną ziemią, a świat zdawał się budzić powoli, jakby nie chciał spłoszyć czegoś, co wciąż jeszcze trwało między nocą a dniem.
Pewnego roku coś się zmieniło. Najpierw psy przestały szczekać nocą, potem kury nie chciały schodzić z grzęd o świcie, a ludzie zaczęli budzić się z dziwnym uczuciem, jakby ktoś stał przy ich oknie i patrzył długo, bardzo długo, ale bez gniewu. To wąpierz! - szeptała najstarsza kobieta we wsi. I od tej pory nikt już nie wypowiadał tego słowa głośno. Nie było jednak krzyku, ani chorób, ani nieszczęść, tylko cisza i ślady. Ślady na rosie, jakby ktoś chodził nocą między chatami, omijając próg każdej z nich.
Młoda dziewczyna imieniem Dobrochna jako jedyna nie czuła strachu. Pewniej nocy, gdy księżyc był cienki jak sierp, wyszła przed dom i stanęła na skraju pola. Mgła była jasna, niemal srebrna. I wtedy go zobaczyła. Nie był cieniem ani potworem. Stał nieruchomo jak człowiek, który nie wie czy powinien podejść bliżej. Jego postać była rozmyta, jakby utkano ją z porannego powietrza. Wiatr ucichł, gwiazdy przyblakły. Kiedy dziewczyna zapytała, czego szuka, postać poruszyła się ledwie zauważalnie, a potem odwróciła głowę w stronę starego zapomnianego miejsca za wsią, tam gdzie ziemia była nierówna i nikt od dawna nie stawiał świec.
Dziewczyna zrozumiała. Nazajutrz poszła tam sama. Wśród traw znalazła zapomniany grób bez imienia, bez znaku. Tylko kamień, który przechylił się i niemal zniknął w ziemi. Postała, głową pokiwała, a wieczorem wróciła z małą lampką i postawiła ją na tym miejscu. Potem poprawiła ziemię i ułożyła na niej kilka polnych kwiatów. I wtedy na krótką chwilę zobaczyła znajomy kształt. Nie był wyraźny, raczej jak cień utkany ze światła. Stał spokojnie jak tamtej nocy, a potem jakby w podzięce skinął głową i powoli rozpłynął się. Dobrochna nie czuła strachu czy niepokoju. Poczuła ciszę, która była dobra.
Kiedy z brudnymi od ziemi rękoma wracała do wsi, spotkała starą kobietę, która zaniepokojona jej wyglądem zapytała: "Coś tam robiła, dziecko?" I dziewczyna opowiedziała wszystko. Najpierw słuchała tylko jedna osoba, potem druga, a potem przyszli starsi. Nikt się nie śmiał, bo każdy przypominał sobie coś, o czym dawno nie mówił. Zapomniany grób, miejsce bez krzyża, historię urwaną w pół zdania. Przez kolejne wieczory chodzili na skraj łąki nie z lękiem, lecz w ciszy. Przynosili lampki, kawałki drewna, kamienie, którymi można było zaznaczyć miejsce. Ktoś przyniósł kwiaty, ktoś inny tylko stanął i zdjął czapkę.
I tak jedno po drugim zaczęły wracać światła. Najpierw nieśmiało, potem coraz pewniej, aż w niektóre wieczory wyglądało to tak, jakby ziemia oddychała cichym blaskiem. Od tamtej pory noce w małej łużyckiej wsi stały się spokojne. Wąpierz odszedł nie dlatego, że ktoś go przepędził, lecz dlatego, że ktoś go wreszcie zauważył i że nie był już sam. A od tamtej pory, gdy nad łużyckimi łąkami unosi się miękka mgła, starsi uśmiechają się tylko i mówią: "Nie wszystko, co wraca z nocy, chce nas skrzywdzić".