Dlaczego Mieszko I wbił swój miecz w nadmorski piach? Poznaj przepowiednię o bursztynowym grodzie i niezwykłe początki dzisiejszego Gdańska.
Czy wiecie, że choć Świętopełk II Wielki uchodzi za twórcę miasta i portu jakim jest Gdańsk, to już trzy wieki wcześniej stała nad Motławą warownia Gyddanyzc zwaną. Posłuchajcie zatem o dawnych dziejach i narodzinach Gdańska, które po wiekach Złotym Miastem okrzyknięto.
W mrokach zamierzchłych wieków, gdy ród Piastów pierwszych swoich synów książętami ogłosił, ziemiami dziś Polską zwanymi władał Mieszko, syn Siemomysła, trzeciego pana plemienia Polan. Jako potomek Ziemowita nie tylko władał ludem wojowników nieustraszonych, ale i chłopom krzywdy zrobić nie dał. Dbał o wszystkie stany swojego ludu. Jednak dusza jego wyżej mierzyła niźli jeno w stepowe podboje i pola zaorane. Podczas gdy inni włodarze ku południowym słońcom oczy zwracali, Mieszko kroki swe skierował ku brzegom morza, dziś Bałtykiem zwanym, a o którym wędrowni gęślarze dziwy prawili. Wiedział ci on dobrze, iż prawdziwe imperium nie jeno na lądzie, lecz i na słonej toni swą moc ufundować musi.
I stanął na wzgórzu wysokim, u stóp którego mniejsza rzeka swe nurty w Vistulę, którą potomni mianem Wisły ochrzcili, zlewała, by ta potężnym korytem rzeźbiona oddała je w panowanie słonej toni. I patrząc w tarczę słońca, co krwawo za widnokręgiem cichło, pojął władca Polan, iż ta wielka woda to nie kraniec świata, lecz początek nowej drogi. Zrozumiał, iż lud jego potęgą na słonej toni urosnąć może, a klucz do owego panowania w tym właśnie miejscu, u zbiegu rzek spoczywa. Umęczona trudami drużyna ułożyła się do spoczynku, a i sam książę wraz z najbliższymi druhami głowę na złotym piasku i niedźwiedzich skórach złożył.
Wtedy to nawiedził go sen osobliwy. Ujrzał w nim gród potężny, co nad brzegiem mniejszej rzeki wyrastał, tam gdzie swe wody większej oddaje. Na falach u przystani statki brzuchate stały, a ludziska dziwnym kruszcem, co złotem nie był, za towary płacili. Ujrzał twarz męża z innego rodu, lecz o pokrewnym sercu. Ów człek wyciągnął dłoń. To nasze złoto, bursztyn, a rzeka, co gród karmi, to Gdania. Mieszko wiedział, że choć dzielą ich wieki, ten mąż doprowadzi jego dzieło do chwały. O świcie książę miecz w piach wbijając obwieścił: Tu powstanie brama mojego państwa. Tu rzeka ląd żywić będzie, a ląd wody strzec. Gród pobudujem, co od rzeki miano weźmie. Gyddanyzc go zwać będziecie, strażnicę naszych ziem po wsze czasy.
I wielką pracę bez zwłoki rozpoczęli. Mieszko przykazał pnie dębowe, twarde jak serca jego wojów, w grząskie brzegi rzeki Gdanii wbijać. A druhowie jego, co dotąd jeno w siodle żywot pędzili i mieczem władali, teraz pod okiem pańskim ciosła w dłoń chwycili, by warownię potężną dźwigać. Tak pośród piachów, z trudu i potu wyrastał Gyddanyzc, okno Polan świat. Z latami pod okiem syna mieszkowego Bolesława gród stał się twierdzą przeogromną. Jego wały niczym tarcza z dębiny i ziemi trzymały straż nad krajem, broniąc go przed wrogiem od strony słonej toni.
I nastał czas, gdy sen Mieszka stał się jawą. Świętopełk bursztynem za wszelkie dobra płacąc przemienił gród w możne miasto. Lud pomorski miano jego na Gduńsk przekuł, a kupcy zza mórz wieść o Złotym Mieście po całym świecie nieśli. A choć mędrcy o daty i korzenie nazw spory po dziś dzień wiodą, to legenda o Mieszku wciąż w szumie fal Bałtyku pobrzmiewa. One bowiem najlepiej pamiętają pierwszego pana, który dzikie morze ku swej woli przymusił i bramy Złotego Miasta na oścież otworzył.