Czy znacie historię o Połedniku? Wietrze, co nie chciał niszczyć, a pomagać ludziom z gór? Nie? No to posłuchajcie. Było to tak.
Dawno, dawno temu, wysoko nad tatrzańskimi szczytami, tam gdzie niebo styka się z ostrymi skałami, mieszkał potężny król wiatrów Halny. Był on wielki, porywisty i głośny. Kiedy wpadał w doliny, dachy drżały, a drzewa kłaniały mu się do samej ziemi. Halny miał syna, który lada dzień miał przejąć po ojcu obowiązki i po raz pierwszy zejść na dół do ludzi. Stary król uczył syna. Musisz być groźny. Musisz pokazać swą moc, by każdy góral wiedział, że idziesz. Łam smreki, zrywaj dachy, zrzucaj siano i wyj tak głośno, by echo niosło się daleko. Syn słuchał ze smutkiem. Wcale nie chciał niszczyć. Z góry widział małe chatki, kolorowe ogródki i dzieci bawiące się na łąkach. Myślał, czy siła naprawdę musi oznaczać strach.
Kiedy nadszedł dzień próby, młody wiatr zsunął się z groźnego, mroźnego szczytu i skierował się ku wysokim halom, pamiętając ostatnie polecenie ojca. Tam pokaż kto rządzi. Rozpędź mgłę, uderz w szałasy, niech trzeszczą gonty! Wleciał na halę i rzeczywiście zobaczył gęstą siwą mgłę, która osiadła ciężko na ziemi. Po kilku dniach deszczu trawa była mokra, owce przemoczone, a bacowie strapieni. Wełna ciążyła zwierzętom, a śliska ziemia nie dawała im spokoju. I zamiast uderzyć lodowatym podmuchem, jak kazał ojciec, zebrał ciepło ze słonecznych skał.
Krążył nad halami cichutko, niemal niewidoczny i delikatnie rozpraszał mgłę. Pozwalał słońcu dotykać ziemi. Sunął tuż nad trawą, osuszając każde źdźbło. Juhasi zaczęli rozpinać swoje kożuszki. Patrzcie! Zawołał najmłodszy z nich. Halny idzie, a trawa suchutka jak w środku lata. Potem popędził wiatr w stronę najbliższej wsi. Nabierał już tchu, by uderzyć w okiennicę. Gdy zobaczył staruszkę, która z trudem próbowała rozwiesić na sznurku mokre płótna, zahamował. Zamiast uderzyć, zaczął ciepło i łagodnie dmuchać. Pranie kołysało się spokojnie, woda znikała z płócien, a babcia uśmiechnięta czuła na twarzy przyjemny, letni powiew. Ośmielony ruszył dalej, omijając sady, by nie strącić jabłek.
Na skraju wioski ujrzał stare wiatraki. Ich skrzydła były skute łańcuchami, bo ludzie bali się, że Halny je zniszczy. Od lat nikt tam nie męł zboża. Młody wiatr nie chciał szarpać drewna. Zaczął rozmawiać ze skrzydłami. Najpierw poluzował łańcuchy, potem dmuchał równo, ciepło i spokojnie. Ludzie wybiegli z chat, pewni, że nadchodzi zniszczenie. Zasłonili oczy, lecz zamiast trzasku usłyszeli tylko miarowe kojące szszsz-łup, szszsz-łup, szszsz-łup. Skrzydła wiatraków obracały się równo jak w tańcu. Z młynów popłynął zapach świeżej mąki. Wiatr, który zawsze był ich wrogiem, nagle stał się najpilniejszym pracownikiem w dolinie.
Wieczorem młody wiatr wrócił na szczyty. Halny czekał gniewny. Nie było huku ani zniszczeń. Czy w ogóle byłeś w dolinie? Byłem. Odparł syn spokojnie. Ale zamiast zrywać dachy, dałem ludziom chleb, suchą pościel i dobrą paszę. Moja siła nie zniknęła. Zamieniłem ją w pomoc. Od tego czasu górale, porywisty wiatr, ale nie halny, nazywają połednikiem, bo przychodzi od połednia, a tam zawsze jest ciepło. Prawdziwa siła nie polega na tym, by pokazywać kogo potrafimy złamać, ale na tym komu potrafimy pomóc.
Babcia Małgorzata
Małgorzata Dwornik
@Malgorzata78
Techniczny Bartek
Bartłomiej Dworik
@bartlomiejdwornik