Znacie górę starszą niż pamięć, niż słowo, niż pierwszy krok człowieka w puszczy? Górę, która miała wiele twarzy i wiele znaczeń, lecz żadnego imienia, które przetrwałoby epoki? Dziś nazywamy ją Łysą Górą. Lecz to tylko jedno z wielu imion, jakie nosiła. Oddajmy jej głos, by sama opowiedziała, kim była, zanim stała się legendą.
Zrodziłam się z ziemi, zanim ktokolwiek miał imię. Byłam tu, gdy nie było jeszcze słów. Gdy ziemia pękała, a skały wypiętrzały się jak grzbiet zwierzęcia, które próbowało stanąć na nogi. Nie miałam nazwy. Nie potrzebowałam jej. Byłam tylko kamieniem, światłem i wiatrem, który przeczesywał mój nagi szczyt. Zawsze byłam łysa. Nie z przekleństwa, lecz z natury. Moja skała była zbyt twarda, by przyjąć korzeń.
Przyszli ludzie, ale długo nie mówili do mnie po imieniu. Najpierw widzieli we mnie znak. Punkt, który prowadził przez puszczę. Wysoki, kamienny, widoczny z daleka. Nie potrzebowali nazwy, wystarczyło im "tam, gdzie ta wysoka góra". "Tam, gdzie kamień świeci w słońcu." Byłam milczącym drogowskazem.
A potem przyszli Słowianie. I wtedy stałam się święta. To oni, to oni pierwsi spojrzeli na mnie jak na istotę. Zrozumieli, że mój nagi szczyt nie jest pusty, jest bliski niebu. Przynieśli ogień, przynieśli pieśń, przynieśli dary dla tych, których nie widać. Czcili tu bogów światła i nieba. Słyszałam ich imiona: Świętowit, który patrzy na cztery strony świata, Perun, który uderzał we mnie błyskawicą, jakby chciał mnie obudzić, Rod, który splatał losy ludzi i rodów.
Byłam świętą górą, choć każde plemię mówiło to inaczej. Zbudowali na moim szczycie wały, kamienne kręgi, które trzymam do dziś. Nie były murami, były ramionami, które obejmowały ogień i modlitwę. To był mój czas chwały. Czas, gdy ludzie przychodzili nie ze strachu, lecz z szacunkiem.
Tak mijały stulecia, a ludzie zmieniali się szybciej niż kamień. Jedni widzieli w niej świętość, inni zagrożenie. Jeszcze inni miejsce, które trzeba nazwać na nowo, by zapomnieć o dawnych bogach. Góra trwała, a jej imiona rosły jak warstwy w skale. Pogańskie, chrześcijańskie, ludowe.
I przyszło chrześcijaństwo i zaczęto mnie nazywać inaczej. Mnisi weszli na mój szczyt ostrożnie, jakby bali się, że przemówię. Zobaczyli wały, zobaczyli ślady ognia, zobaczyli ludzi, którzy wciąż przychodzili w przesilenia. Nie chcieli, by pamiętano dawnych bogów. Nie chcieli, by ogień palił się w kręgach, które nie były ich. Więc nazwali mnie inaczej. Najpierw Świętym Łyścem, potem Świętym Krzyżem. Moje stare imię, to które nosiłam w sercach ludzi, zniknęło, a dawne obrzędy nazwano złymi. Nie dlatego, że były złe. Dlatego, że były inne. Łatwiej było powiedzieć, że to miejsce jest ciemne, niż przyznać, że było święte na długo przed nimi. Tak zaczęła się moja demonizacja.
A potem przyszły czasy, w których ludzie wymyślili strach. To nie byli Słowianie. To nie byli mnisi. To byli ludzie, którzy żyli wiele wieków później, w czasach, gdy Europa bała się własnego cienia. Wtedy każda góra, każda góra, która była łysa, stawała się miejscem sabatów. Stałam się Łysą Górą, choć byłam łysa od zawsze. I tak narodziła się legenda o czarownicach. Nie z prawdy, nie z historii. Z ludzkiej potrzeby, by wytłumaczyć to, czego nie rozumieli. Moje gołoborze, moje wały, moje echo, moją starość.
Nigdy nie widziałam czarownic. Widziałam tylko ludzi, którzy bali się własnych opowieści. A dziś? Dziś mam trzy imiona i każde jest prawdziwe na swój sposób. Nazywacie mnie Łyścem, gdy patrzycie na moje kamienie. Świętym Krzyżem, gdy patrzycie na klasztor. Łysą Górą, gdy patrzycie na legendy. A ja? A ja jestem po prostu sobą. Łysa, jak byłam. Święta, jak byłam. Prawdziwa, jak zawsze.
Dziś Łysa Góra stoi tak samo, jak wtedy, gdy nie miała jeszcze imienia. Trwa kamienna, chłodna, cierpliwa. Każde pokolenie widzi w niej coś innego, lecz własna historia jest prosta. Była, jest i będzie świadkiem wszystkiego, co człowiek próbuje zrozumieć. A jej głos, cichy jak echo w gołoborzu, brzmi dłużej niż wszystkie legendy.
Bajarka Małgorzata
Małgorzata Dwornik
@Malgorzata78
Bard Bartłomiej
Bartłomiej Dworik
@bartlomiejdwornik