Wiecie kto w dawnych czasach dbał o pola uprawne? Kto pracowitym rolnikom pomagał, a tym leniwym wymierzał kary? Nazywał się Polewik i wyglądał jak to zboże, nad którym trzymał pieczę.
Gdy wiosną ziemia budziła się do życia, a zielone pędy ledwo odrastały od czarnoziemu, Polewik był maleńki, drobny niczym polna mysz. Chował się w bruzdach, cichutko popiskując z radości na widok pierwszych promieni słońca. Jednak im wyżej pięły się ku niebu żyto i pszenica, tym wyższy i silniejszy stawał się ich opiekun.
W połowie lata, gdy łany falowały na wietrze niczym złote morze, Polewik osiągał wzrost rosłego chłopa. Jego skóra miała kolor żyznej, spękanej od słońca ziemi. Zamiast włosów nosił czapę z zielonego ostu i powoju, a z jego gęstej brody, utkanej z dojrzałych kłosów, co rusz wysypywały się ziarna. Mieszkał na miedzach. Tam, gdzie rosły polne róże i chabry. Ludzie rzadko go widywali, bo potrafił wtopić się w tło tak doskonale, że brano go za zwykły snop siana lub większą grudę ziemi.
Ale każdy rolnik czuł jego obecność. Stary kmieć Sambor, człowiek o dłoniach twardych jak dębowa kora, szanował polowego ducha. Co roku przed rozpoczęciem orki Sambor szedł na skraj pola, kłaniał się nisko i zostawiał na miedzy kawałek twardego chleba oraz jajko. "Dla ciebie, gospodarzu pól" szeptał. "Obyś gradowe chmury przegonił i robactwo od korzeni odgonił." Polewik lubił Sambora. Czasem, gdy starzec opadał z sił w upalne popołudnie, demon zsyłał łagodny, chłodny wietrzyk, który mierzwił zboże i przynosił ulgę. Gdy nadciągała susza, Polewik wyciągał swoje ziemiste dłonie ku niebu i przyzywał poranną rosę, tak obfitą, że kłosy piły ją chciwie, aż do świtu.
Plony Sambora zawsze były najobfitsze w całej wsi, ale za miedzą, po sąsiedzku leżały ziemie młodego opoja imieniem Miłosz. Miłosz od pracy stronił. Zamiast rano chwycić za kosę, wolał do południa wylegiwać się w cieniu starej gruszy. A gdy słońce paliło najmocniej, kładł się prosto w zboże i zasypiał kamiennym snem. Tego dnia upał był nieznośny. Powietrze drżało, a w uszach bzyczały natrętne gzy. Miłosz zamiast zwozić ścięte snopy, rzucił kosę i zasnął na samej miedzy, chrapiąc w niebogłosy.
Nie zauważył, że kłosy wokół niego zaczęły szumieć, choć nie było ani powiewu wiatru. Z gęstwiny żyta wyrosła postać. Polewik patrzył na lenia, a jego żółte jak u sowy ślepia błyszczały gniewem. Podążył cicho w stronę śpiącego, chwycił za rosnący obok oset i zaczął delikatnie, ale natrętnie łaskotać Miłosza po nosie. Miłosz rzucał się przez sen, odpędzał niewidzialne muchy, aż w końcu otworzył oczy.
Przed nim stała potworna, ziemista twarz z brodą pełną chwastów. "Kto nie sieje i nie zbiera, tego głód w zimie pożera" zasyczał Polewik, a głos jego brzmiał jak tarcie suchych snopów. Przerażony parobek zerwał się na równe nogi, zaczął biec na oślep, ale demon rzucił na pole urok. Choć chaty wioski były w zasięgu wzroku, nieszczęśnik kręcił się w kółko. Ścieżki, które znał od dziecka, nagle znikły, a zboże wydawało się wyrastać przed nim niczym gęsty, nieprzebyty mur. Dopiero gdy księżyc wzszedł nad polem, zmordowany, podrapany i zapłakany Miłosz padł pod własnymi drzwiami. Od tamtego dnia nikt nigdy nie widział, by zasnął na polu przed zachodem słońca.
Kiedy nadszedł czas ostatecznych żniw i Sambor ścinał ostatnie pasy złotej pszenicy, na samym środku pola zostawił nienaruszony, piękny kęp kłosów, przewiązał go czerwoną wstążką i położył obok bochen chleba. "Schowaj się tu panie pól, przetrwaj zimę" Rzekł cicho rolnik. Gdy zimowe wichry zasypały puste pola białym puchem, pod bezpieczną osłoną pozostawionych kłosów, Polewik śnił o zapachu wiosennej ziemi i czekał, aż znowu ktoś rzuci w glebę pierwsze ziarno.
A Miłosz? Miłosz strugał nowe narzędzia, gotowy do ciężkiej pracy, gdy tylko zejdą śniegi. Zrozumiał, że ziemia karmi tylko tych, którzy wkładają serce w jej uprawę i że szacunek do natury i tradycji zawsze wraca do człowieka z nawiązką.
Bajarka Małgorzata
Małgorzata Dwornik
@Malgorzata78
Bard Bartłomiej
Bartłomiej Dworik
@bartlomiejdwornik